sobota, 9 listopada 2019

nieregularnik #3

Jakieś dwa lata temu powiedziałam sobie: "ktokolwiek spróbuje zabić mnie we mnie, będzie ze mną mieć do czynienia". Znów komuś się nie spodobało, że mam własne zdanie. To naprawdę zabawne kiedy niektórzy uważają, że fabryka waty cukrowej jest lepsza od konstruktywnej krytyki. No cóż. Czasem trzeba pójść dalej i odejść z pewnych "zgromadzeń". Walka z wiatrakami nie jest mi potrzebna do szczęścia. Kopać się z końmi też nie będę.
---
Tymczasem lecim z nieregularnikiem :)
Jak ostatnio wspomniałam było trzeba się udać do notariusza... a skoro już byliśmy w mieście z rodzicami, to poszliśmy na cmentarz. W tak zwane helołin czy tam dziady. ;)
Po drodze mijaliśmy dom na którym namalowano koty
I taką fajną starą werandę :)
Zajrzało się też do biedry po znicze i kwiatki... a tam takie "kwiatki"... znaczy się aniołki dekapitacyjne, bo można im było zdjąć głowy żeby podpalić wkład ;)
Na cmentarzu - choć dziwnie to zabrzmi - lubię oglądać nagrobki ;) czasem trafi się ciekawy napis
 Czasem ktoś "pierdyknie" ciekawego aniołka ;)
Ale największy urok mają dla mnie te stare, proste, bez wydziwiania...
A kilka dni później - bo jakimś dziwnym trafem mam kilkudniową przerwę w zdjęciach (pomijając selfiaczki w przebraniu wiedźmy^^) - wybrałam się na warsztaty symulacyjne "oswoić nieznane". W tym celu musiałam wyjść z domu i udać się na przystanek autobusowy.
A potem w autobusie jak jakiś "normals" musiałam kupić bilet za 3zł, bo jeszcze nie mam nowej legitki... ;)
A na tych warsztatach były stanowiska do symulacji różnych typów niepełnosprawności. Przejechałam się takim wózkiem. I chociaż było nawet wygodnie tak sobie jechać (kiedy ktoś pchał wózek, bo kiedy musiałam sama nim sterować już nie było tak wygodnie), to jednak ulgą była możliwość wstania z niego.
O dziwo dałam sobie radę z niektórymi zadaniami. Nawet nalałam wody z dzbanka do kubka nic nie widząc. Ale nie dałabym rady, gdyby woda była gorąca. Takie warsztaty naprawdę uświadamiają z czym się na co dzień mierzą osoby z różnymi niepełnosprawnościami. Powinni w nich obowiązkowo brać udział projektanci i budowlańcy, żeby nie zapominać zrobić na przykład podjazdów przy chodnikach (yup, ostatnio nam zrobili piękny chodnik... ale z jednej strony nie ma łagodnego zjazdu tylko zwykły krawężnik)
Potem poszłam na piechotę coś załatwić i mijałam taką bramę, która mi odrobinkę przypominała klimat starej robotniczej Łodzi
I takie stare osiedle
Osiedle Robotnicze, więc nie dziwnym jest porównanie do robotniczej Łodzi ;)
Spotkałam kota, który pozwolił się sfotografować ;)
Drugi też się tyłkiem nie odwrócił ;)
Następnego dnia wybraliśmy się z tatą na zakupy perpedesem, czyli piechotą ;)
Jest koło naszego blokowiska taki fajny stary "zameczek"
Ostatnio trochę przy nim robią, sprzątają park naokoło i robi się pięknie
Klimatycznie
Magicznie
A w drodze na zakupy mijaliśmy taką oto twórczość
A w sklepie był parking dla pojazdów czarownic ;) mopy są ponoć jak skuterki czy hulajnogi elektryczne - nieco wolniejsze niż zwykłe miotły, ale też można dolecieć do celu. Ciekawe ile w tym sklepie za godzinę parkowania sobie liczą, bo nie zapytałam. ;)
Kostek na wystawie kiosku ;)
A na okładce elementarza dziewczyna z aparatem :D
Na targowisku dojrzałam "jabłuszko"
Przepiękne duże półkilowe jabłuszko ;) no przecież musiałam je kupić prawda? xD
Porsche pod spółdzielnią - ktoś pokazówkę odstawiał chwaląc się na jakie auto go stać... powinien był postawić na parkingu, ale najwyraźniej wydał wszystkie pieniądze na auto i na rozum już mu nie wystarczyło. ;)
Bardzo szokujące wyznanie ;) jak przeczytałam tekst w ramce, to się okazało, że kiedy Pani Maria Winiarska wyjeżdża, gospodyni dotrzymuje towarzystwa mężowi oglądając z nim telewizję. Niezły trójkąt. Haha.
Jakiś człowiek pozostawił na trawniku pustą buteleczkę po likierze ziołowym. W sumie fajnie było dowiedzieć się, że takie cudo istnieje (i to w tak małym rozmiarze) ale mógł mimo wszystko wyrzucić do śmietnika. ;)
A dzisiaj wybraliśmy się na zakupy w deszczu.
Bawi mnie ta naklejka, chociaż prawda jest taka że większość kierowców jeździ za szybko i zbyt są niecierpliwi na drogach.
A tu myślę sobie, że skoro jest "szyneczka" to powinna być z "kurczaczka" a nie jakiegoś tam "kurczaka" ;)
Wieczorem też wyszliśmy z domu
Na krótki spacer po osiedlu
A to czerwone okno nasunęło nam skojarzenia z miłością płatną ;)
I to byłoby na tyle w tym odcinku.
 Dla wytrwałych ciasteczko. Z zezem. No bo jak to tak wpis bez ciasteczka. ;)
Howgh!

środa, 30 października 2019

nieregularnik #2 łódzki

Znacie taki fragment kreskówki Asterix & Obelix, w którym nasi bohaterowie muszą zdobyć jedno małe zaświadczenie i doświadczają bliskich spotkań 3 stopnia z administracyjnym chaosem? Toteż otóż właśnie Wasza ulubiona "skarpetka w pralce" doświadczyła tego na swojej łódzkiej uczelni...
Zapraszam na odcinek poświęcony temu jednemu wyjazdowi. Z miłym zakończeniem.
No to jedziemy.
 Najpierw autobusem.
A potem pociągiem. Bo zmieniło się trochę i teraz już nie ma bezpośredniego autobusu. Jest jeden pociąg w środku nocy. W ciągu dnia to tylko z przesiadkami.
Stanęłam. Nikt mnie nie pocałował. Lipa. ;)
Z powodu wypadku w Częstochowie pociągi były opóźnione o około 70 minut... Sobie postałam objuczona jak wielbłąd dwugarbny...
Jechałam takim pociągiem niby pendolino ale made in Poland
Jedzie tyle samo co zwykły a miejsca na nogi tyle co w PKSie
Gazetki dają do poczytania, że niby o ciebie dbają
 Dotarłam do Łodzi z opóźnieniem 90 minut
Dojechałam taksówką do hostelu, w którym mogłabym rzec "Marjan, tu jest jakby luksusowo." I poszłam spać.
 Łodzianie wiedzą gdzie jest Edzia Górniak ;)
Najwyraźniej ten napis, to jakiś znak od niebios czy coś takiego ale nie wiem, bo się nie znam ;)
Od czasu zapoznania się z twórczością Andrzeja Dudka-Dürera ("Sztuka butów") robię zdjęcia z butami na studzienkach w różnych miastach. Nie jest to kopiowanie, bo mam różne buty. On cały czas te same. Od 50 lat... ;)
Ciemna strona za dnia ;)
No dobra może faktycznie nie jest zbyt jasna ta ciemna strona ;)
A mama kazała trzymać się z daleka od kłopotów... dobrze, że poszłam tam przed południem ;)
Jest i ona. Przed siedmioma laty porzucona. Teraz przyjęła mnie z powrotem. Alma Mater.
W historycznym budynku umieszczona
Czas choć upłynął, to jakby się zatrzymał
Tylko drobne zmiany zaszły (w gablotce były stare aparaty a na ścianach inne zdjęcia)
Ponieważ miałam jeszcze trochę czasu do spotkania z promotorem, to poszłam na śniadanie do Galerii Łódzkiej. Przy wejściu stoją takie oto donice. Przy nich określenie "cyce jak donice" nabiera zupełnie innego znaczenia i wymiaru. ;)
Przyznaję. Nie odżywiam się zdrowo. Ale kiedy jestem sama w Łodzi, potrzebuję czegoś w rodzaju "comfort food", żeby poczuć się "swojsko".
Minęło 7 lat. A ta kserokopiarka przerobiona na kwietnik dalej stoi w tym samym miejscu. Ucieszyło mnie to. :)
A potem czas na spotkanie. Dowiedziałam się, że muszę zaliczyć kilka przedmiotów, ale nie wiem z kim, bo nie wiadomo czy te osoby już zostały zatrudnione. Uczelnia bowiem była postawiona w stan likwidacji z rok temu, ale wniosek wycofali gdy zmienił się właściciel. Teraz jest mały chaos organizacyjny, bo nie bardzo mają pojęcie jak funkcjonuje uczelnia artystyczna, jak ugryźć temat osób wracających na przerwane studia itepe. Wiem też, że mam zrobić praktyki zawodowe, ale jeszcze nie wiadomo ile godzin. Cyrk na kółkach i skarpetka w pralce. Wiem tylko tyle, że promotor popiera mój wybór tematu. xD (sala zajęć też wygląda tak samo)
Potem w dziekanacie dowiedziałam się jeszcze, że muszę załatwić potwierdzone notarialnie podpisy moich rodziców... bo uczelnia nie uwierzy na słowo, że sami się podpisali skoro nie zrobili tego pod czujnym okiem pani z dziekanatu. I muszę dostarczyć zdjęcia do nowej legitymacji. Wystarczyłaby mi pieczątka na starej ale oni twierdzą, że musi być nowa, elektroniczna... (studio też jest takie samo)
No to poszłam tak jak stałam do fotografa i cyknęłam sobie zdjątka nowe dowodowe ;) (przy okazji - jeszcze trzy lata temu jak byłam na Festiwalu Światła, to w tym miejscu galerii była fontanna)
A potem poszłam sprawdzić co się zmieniło na Piotrkowskiej. Ulica najbardziej znana i chyba najdłuższa w Polsce.
Tanie Atrakcyjne Książki? Wchodzę! 
...nic nie kupiłam, bo miałabym za ciężki plecak. Buhu. Ja tam jeszcze wrócę!
Stajnia Jednorożców. Po nocach tam patatajają. Kto nie wierzy, ten niech przyjedzie do Łodzi i sam sprawdzi. ;)
Jest i ona. Pietryna.
Moja słabość do starych samochodów nie mija.
Mural wciąż jest ;)
Jest i moja ulubiona pizzeria. Tak. Wygląda tak samo.
Pizza i herbata. Mniam. Comfort food.
Zdjęcie z dedykacją dla Kliniki Lalek. :)
Za tymi drzwiami jakieś 14 lat temu mieściła się siedziba Stowarzyszenia Użytkowników Nikona. Fajne to były czasy, po których zostało trochę dobrych wspomnień.
Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Nauczyłam się za to, że przyjaźń to znacznie więcej niż tylko puste zapewnienia o niej.
W tym sklepie sprzedają style. Kurczę, może sobie jakiś styl powinnam kupić? To chyba dobra sprawa mieć własny styl. A do tego jeszcze można kupić z rabatem. ;)
Tuwim dalej siedzi na ławeczce.
A Prus na kufrze i coś notuje.
To bardzo uspokajająca świadomość, że kilka rzeczy pozostało takich samych pomimo upływu czasu.
Mówiłam, że patatajają po nocach!
W Łodzi na bilety okresowe mówi się migawki.
Ściana w Łodzi na której można napisać co chcielibyśmy zrobić przed śmiercią.
Udało mi się nie zgubić i dotrzeć do hostelu na piechotę bez wzywania taksówki. Tyle oszczędzić. :D
I trafiłam do swojego pokoju ;)
Questroom. Ciekawe określenie na WC. xD
Skoro to hostel, to toalety są wspólne, na korytarzu. Nawet czyste.
Prysznice też całkiem spoko, chociaż zauważyłam niepokojące ognisko grzyba na kafelkach. Jak się tym nie zajmą, to będzie niewesoło.
A po nocy przychodzi dzień. Trzeba się wymeldować i iść na uczelnię pozałatwiać ostatnie sprawy.
Co jak co, ale Łodzi tak nie kocham jak Jelenią Górę i nawet najlepszy hotel nie zastąpi mi własnego łóżka.
Łódź roniła łzy, że już wyjeżdżam ;)
Znak od niebios o sobie przypomniał ;) Ciekawe o jakie radio chodzi. Radio Taxi?
Nie płacz "Łodziu" ;) jeszcze do ciebie wrócę... cały rok muszę powtórzyć a nie tylko semestr...
Po drodze na uczelnię mijałam takie fajne graffiti.
I takie fajne też
Mur zadbany do połowy
Wiecie, że dopiero teraz na zdjęciu widzę, że tam jest napisane "alarmy"? Jak tam przechodziłam, to byłam pewna, że to jakieś "alabamy" i pomyślałam, że może mieścił się tam jakiś nocny klub taneczny. ;)
I wyobrażałam sobie, że pewnie teraz to jest jakaś melina narkomanów...
Czasami się zastanawiam, gdzie wędruje moja wyobraźnia i dlaczego akurat tam
Kici kici. Mistrz i Małgorzata Bułhakowa teraz mi się nasuwa. Kot Behemot i Woland - szatan. Uwielbiam tą powieść. Kiedyś widziałam adaptację teatralną - też była dobra, ale zawsze książka jest lepsza dla wyobraźni. ;)
No siemaneczko uczelnio. Stęskniłaś się?
Kiedyś zrobiłam podobne zdjęcie. To sobie powtórzyłam. A co. ;)
Niektóre maźgaje na murach są całkiem fajne.
Na uczelni chaosu administracyjnego ciąg dalszy. Ale żeby nie było tak dołująco, to posłuchałam sobie wykładu z Historii Filmu, obejrzałam przy tej okazji ciekawy film będący zlepkiem materiałów z lat 1900-1914. Potem dowiedziałam się, że z zaliczeniem jednego z przedmiotów problemu nie będzie.
Potem się okazało, że właściwie to nie wiedzą czy mogą mnie ubezpieczyć, bo nigdy się nie spotkali z tak starym studentem, który by nie pracował albo nie miał współmałżonka, z którego ubezpieczenia mógłby korzystać.
Ustaliłam więc, że zadzwonię nazajutrz i poszłam sobie. Baj uczelnio zobaczymy się za jakiś czas. Jak już będzie wiadomo kiedy mam przyjechać.
Obok mojej uczelni jest ta "słynna filmówka" ;)
Prosz. Nie jest taka ładna jak moja ale co tam. ;)
Zdjęcie z butami w liściach zaliczone. Każdy szanujący się bloger musi mieć takie raz do roku. ;)
Musiałam odwiedzić Filemona. Spojrzenie ma dokładnie takie jakie miał mój Filu Milu.
Niestety stoi za wysoko żebym mogła go pogłaskać, więc pogłaskałam Bonifacego. :) Dobrze, że Filemon ma pomnik. Chociaż i tak tęsknię za tym moim.
Kocham jesień.
Nope. To nie więzienie ani areszt. To publiczne toalety. ;)
Łódź ma wyjątkowy charakter. Lubię ją ale i jednocześnie nie chciałabym codziennie tam mieszkać. Zbyt duża i zbyt zatłoczona.
E.T. dalej tu jest, ale ktoś go pobazgrolił...
To ogłoszenie wywołało skojarzenia z morderstwami na zlecenie. Zamordują wszystkich świętych, na których będą mieli zamówienie. ;)
Nie powiedziałam najlepszego. Jak dotarłam do galerii, to zadzwonili z dziekanatu, żebym wróciła, bo jednak mogę wypełnić wniosek o ubezpieczenie. ;)
Oryginalnie ten gostek na graffiti palił papierosa. Ale ktoś ma widać ukryte skłonności. Swoją drogą, to zabawne jak niektórzy członkowie ruchów "anty-lgbt" narzekają na homo-propagandę, którą sami uprawiają na murach. ;)
Łódź Widzew. Po raz pierwszy byłam na tym dworcu. Całkiem spoko, ale nie rozumiem czemu Łódź Kaliska została jakoś odsunięta i już nie jest głównym dworcem. Jest bliżej centrum niż Widzew.
Rydwan podjechał. Możemy ruszać w drogę powrotną. Bezpośrednio do Jeleniej Góry.
Jak wyruszałam był jeszcze dzień. 14.40. Do Wrocławia jechałam tyłem do kierunku jazdy. Niezbyt to lubię ale trudno. Grunt, że siedzenia w miarę wygodne.
W sumie to pożałowałam decyzji o tym, żeby jechać bezpośrednio tym kursem. Mogłam się przesiąść we Wrocławiu i byłabym szybciej.
Bo ten pociąg to takie Tur de Pologne z Białegostoku. Jedzie przez Legnicę, Bolesławiec, ma półgodzinny postój w Węglińcu, dziesięć minut w Lubaniu... Swoją drogą w Lubaniu na chwilę zatrzymał się inny pociąg, z którego wysiadł konduktor, który się do mnie miło uśmiechnął, a potem wsiadł do tego drugiego pociągu i odjechał. Szkoda, że nie wiem jak ma na imię ani dokąd pojechał. ;)
Jak dojechałam była już noc. 22.30... Z Łodzi do Wrocławia 3 godziny, a z Wrocławia do Jeleniej Góry 4... paranoja. Nigdy więcej. Będę się przesiadać.
A dziś spotkałam się z Panną Anną w naszej ulubionej kawiarni w ramach relaksu i odreagowania po podróży i przygodach. Bardzo tego potrzebowałam i dobrze mi to zrobiło. Dzięki raz jeszcze Aniu!
I tyle tego dobrego. W nagrodę dla wytrwałych pyszna ciepła herbatka :)
Do następnego!
Howgh!